Brzmi to w każdym razie bardzo przyjemnie, płynnie i bez żadnych przesterów na wyższych częstotliwościach, czego nienawidzę. Album rozpoczyna się niezłym coverem Telexa - L'amour Toujours. Producentem nagrania był podobno sam Marc Moulin (członek wyżej wymienionego zespołu, niedawno zmarł), mimo to brzmi to wszystko tak, jak pozostałe utwory z płyty - czyli orientalnie i dość specyficznie. Melodia Marca, wiadomo, świetna, w końcu Telex to chyba mój największy idol. Warto też nadmienić, iż Marc w środku utworu coś mówi, ale niestety moje zdolności językowe nie pozwalają zrozumieć, co :P W tej adaptacji brzmi też dość ciekawie, polecam posłuchać oryginału:Po tym bardzo emocjonalnym kawałku jest Sugar Me - szybka, wesoła, funkowa nieco piosenka, niestety nie w moim guście.. z początku, bo później wchodzi po chwili przerwy pianinko i motyw trochę się zmienia, a potem gra tak jak wcześniej. Są dobre momenty w utworze, ale całokształt nie wywarł na mnie w ogóle żadnych emocji. Kolejny Pussycat, bardzo groove'owy utwór z świetną częścią koło minuty jest znacznie bardziej udany wg. mnie niż jego poprzednik. Ten utwór naprawdę powoduje kiwanie głowy, często połączone z rytmicznym tupaniem stopą i nuceniem, bo za Chiny (:D) zaśpiewać się tego nie da przez słowianina ;) Późniejszy Keep on Dancing zachęca do dalszego tupania i kiwania, ale jest to znacznie bardziej chilloutowy kawałek, z początku kojarzy się on z twórczością Erica Serry, który pisał muzykę do filmów Luca Bessona (Nikita, Leon Zawodowiec), by the way polecam takie jego utwory jak NPOKMOP albo Free Side. Nieco "murzyńskie" aranżacją bębny wchodzące później dają jeszcze większe odprężenie, a pady uzupełniają całość odpowiednio czasem wybrzmiewając, powoli też zaczyna się chcieć tańczyć. Bardzo mi się też podoba część melodyczna około 2:40. Późniejsza solówka też niczego sobie. W końcu druga połówka mojego faworyta: Nichiyo Wa Ikanai. Nie wiem, dlaczego tak mi się podoba ta piosenka, ponieważ analiza logiczna nie wykazała żadnych nadzwyczajów. Mimo to zarówno melodia, jak i całokształt brzmienia mocno mi się wrył do głowy przez uszy, przyznam też, że ten utwór też nie ominęła moja maszynka samplująca :) Przepiękne motywy przewijają się przez cały utwór, nic nie słabnie, ciągle jest bardzo dużo emocji. Nie opiszę dokładnie tego utworu, pozostawię to ewentualnemu słuchaczowi ;) Album kończy się wesołym Petit Paradis, które brzmi jak piosenka z teatru dla dzieci, ale takiego dobrego teatru. Dynamika z początku malutka rozbrzmiewa, by w końcu wybuchnąć, a później od początku. I tak dwa razy. Nie jest idealnie, ale dobry koniec nie jest zły ;)
Jeżeli chodzi o całokształt - jest to bardzo, jak już wspomniałem na początku specyficzny materiał, oryginalny i brzmi bardzo poprawnie. Pomysłowe i dobrze zagrane syntezatory, które tutaj są prawie wszystkimi instrumentami były programowane przez kogoś, kto naprawdę zna się na tym świetnie, i jedyne co mogę zrobić to się przed nim ukłonić. Też kupą dobrej roboty było napisanie muzyki - wiadomo, to Japonia, muzyka japońska zawsze mnie intrygowała ;)
Ocena (zapomniałem o wszystkich utworach po 1983 i wyobraziłem siebie bardzo małego leżącego przy gramofonie z słuchawkami Unitra):
Brzmienie: 4,5/6
Melodia: 5/6
Instrumentarium: 5/6
subiektywna ocena końcowa: 8,5/10
Jakby ktoś nie mógł znaleźć/kupić tego albumu, niech napisze do mnie, postaram się mu go wysłać ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz